Był taki weekend. Niby zwykły, jakich wiele. Piątek minął nie wiadomo kiedy, sobota bez budzika, planów brak, w głowie pustka, w kalendarzu jeszcze więcej. I jak to często bywa w takich momentach, człowiek zaczyna kombinować. Co by tu zrobić, żeby się nie nudzić, ale też nie wpaść w wir robienia „czegokolwiek”? Żadnych galerii handlowych, żadnego Netflixa, zero scrollowania TikToka do nocy. Chciałem po prostu uciec gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było. Gdzie nie znam rozkładu autobusów, nazw ulic ani nie mam żadnych skojarzeń. I tak padło na Lubaczów.
Nie, nie wylosowałem tego miasta w bingo podkarpackich perełek ani nie miałem tam znajomego, który od lat zapraszał. Po prostu na mapie wyglądało… inaczej. Małe, trochę zapomniane, bez wielkiego hałasu w internecie. I to mnie kupiło. Potrzebowałem miejsca, które nie udaje, że jest modne, i które nie wciska się na siłę do rankingów „10 miejsc, które musisz zobaczyć, zanim umrzesz”.
Po kilku godzinach jazdy i dość intensywnym romansie z drogami drugiej kategorii, wysiadłem z auta głodny jak wilk. Nie będę ukrywał – jedyne, o czym myślałem, to dobre jedzenie. Telefon w dłoń, hasło „najlepsze restauracje w okolicy” i… tak trafiłem na slinkacieknie.pl. I dobrze, bo nie miałem ochoty na kolejny portal z kopiuj-wklejką z Google Maps i losowymi opiniami od ludzi, którzy mylą jedzenie z recenzją opakowania.
Najedzony, zadowolony i gotowy na eksplorację ruszyłem przed siebie. Lubaczów nie krzyczy. To nie jest miasto, które epatuje atrakcjami turystycznymi na każdym rogu. Tu nic nie błyszczy na siłę, nikt nie próbuje cię wciągnąć do muzeum, nie ma selfie pointów co dziesięć metrów. Ale jest coś innego – spokój. Taki prawdziwy, nieskrojony pod potrzeby city-breakowców z Warszawy. Masz wrażenie, że tu się po prostu żyje. Bez nadęcia, bez udawania, że jesteśmy drugim Kazimierzem czy Sandomierzem.
Spacerujesz po cichym rynku, mijasz ludzi, którzy się znają, ale nie patrzą na ciebie jak na obcego. Przechodzisz obok starych kamienic, które jeszcze nie zostały wystylizowane pod Airbnb. Siadasz na ławce i słyszysz… ciszę. Tę prawdziwą, bez playlisty w tle, bez podkładu z ruchliwej ulicy. Nagle zauważasz, że masz czas. Na myślenie, na patrzenie, na nicnierobienie.
To było dziwne, bo jakoś zapomniałem, jak to jest – po prostu być w miejscu, bez presji, że coś trzeba zobaczyć, coś zaliczyć, coś sfotografować. Lubaczów działa jak reset. Nie robi na tobie wielkiego wrażenia od pierwszego wejrzenia, ale po chwili orientujesz się, że wciąga. Tylko nie z fajerwerkami, tylko z tą codzienną, cichą normalnością. Która dziś, wbrew pozorom, wcale nie jest taka powszechna.
Tu nie ma miliona knajpek, w których trzeba zarezerwować stolik tydzień wcześniej. Nie ma kolejki po gofry za 25 zł. Ale za to są rozmowy na rynku, dzieciaki biegające po parku, starszy pan karmiący gołębie i ktoś, kto wita cię z uśmiechem, mimo że widzi cię pierwszy raz w życiu. I ten moment uświadamia ci więcej niż setka zdjęć z Tatr. Że nie trzeba jechać daleko, żeby się zatrzymać. Wystarczy po prostu dobrze wybrać.
Nie będę cię przekonywał, że Lubaczów to ukryty klejnot Europy Wschodniej. Bo nie jest. I całe szczęście. Jest normalnym, trochę niedopieszczonym miasteczkiem z duszą. I może właśnie to w nim najfajniejsze. Że nie musi niczego udowadniać. Nie próbuje być „drugim czymś”. Jest sobą.
Więc jeśli trafi ci się weekend, który wygląda na zmarnowany, ale w środku czujesz, że coś byś jednak zrobił… wrzuć Lubaczów na mapę. Nie po to, żeby się zachwycić. Ale żeby się zatrzymać. W czasach, kiedy wszyscy gdzieś pędzą, to już całkiem sporo.
Śledź nas w Google News
Obserwuj elubaczow.comBądź na bieżąco i zostań jednym z ponad 15 tysięcy naszych obserwujących!

