Wieczór autorski Dawida Kornagi w Lubaczowie za tydzień, a specjalny wywiad dla elubaczow.com już dziś!

4

Już w piątek 17. września w Lubaczowie w restauracji „deja vu” o godzinie 20.00 odbędzie się wieczór autorski Dawida Kornagi, pisarza pochodzącego z Lubaczowa. A już dziś specjalny wywiad dla portalu elubaczow.com, w którym pisarz opowiada m.in. o szkole, studiach i swojej twórczości.

Znamy już termin Twojego spotkania autorskiego w Lubaczowie. Odbędzie się ono 17. września, czyli dokładnie za tydzień. Czyj to pomysł i jak na niego zareagowałeś?

Z pomysłem wyszła Beata Paluszek z LCIS „Nasza Przyszłość”. Choć rzadko teraz bywam w Lubaczowie i mam niezwykle napięte plany związane choćby z tym, że nie pracuję na etacie i muszę sobie jakoś radzić, stwierdziłem, że to doskonały pretekst, by odwiedzić moje rodzinne miasto, miasto, które też opisałem kilka razy w moich książkach.

– Czy to Twoje pierwsze spotkanie z czytelnikami w Lubaczowie?

Już kiedyś miałem tutaj wieczór autorski, to było jakiś czas po debiucie „Poszukiwacze opowieści” w 2003 r., zorganizował je w domu kultury i brawurowo poprowadził pan Chmiel. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zmienił się też Lubaczów – na lepsze. Choćby fakt, że spotkanie ma odbyć się w niezwykłym miejscu, jakim jest restauracja deja vu, pokazuje, że styk kultury i rozrywki może przynosić korzyści dla obu stron.

Jesteś absolwentem miejscowego Liceum Ogólnokształcącego. Jak wspominasz okres nauki w Lubaczowie?

Nie wiem, jak jest teraz, kiedy ja się tam uczyłem, był naprawdę wysoki poziom. Podejrzewam, że został utrzymany, bo to liceum ma w sobie jakąś taką niesamowitą energię, to taki mały lubaczowski „preuniwersytet”. Na niezwykle wysokim poziomie stały moje dwa ulubione przedmioty – historia i język polski. Chylę czoła moim nauczycielom, nie za te piątki i szóstki, za prawdziwą, autentyczną pasję, z którą uczyli. Również angielski i niemiecki to była poprzeczka, dla której warto było zrywać noce i wkuwać słówka. Natomiast byłem i jestem maksymalnym niedoukiem matematyczno-fizycznym. Nic więc dziwnego, że nie mogę się pochwalić tutaj żadnymi dokonaniami oprócz wielu jedynek i wymęczonych trójek…

Czy już wtedy zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem? Jakie były początki?

Wcześniej, jeszcze w szkole podstawowej. To były wierszyki o zwierzątkach… Potem przyszedł czas na opowiadania, dużo, dużo opowiadań. Nie było wtedy laptopów, waliłem w maszynę do pisania, to było ogłuszające, palce bolały, normalnie front walki z żywiołem brudzącym i kartki, i ręce. Fascynował mnie francuski naturalizm, odwaga w eksplorowaniu tematów, które dotąd były zastrzeżone. To chyba pozostało mi do dzisiaj, choć moje gusta literackie znacznie się poszerzyły.

Po szkole średniej zdecydowałeś się studiować w Warszawie i zająć się jeszcze poważniej swoją twórczością. Czy trudno było się „przebić” w stolicy?

Rzeczywiście, wydawcy nie byli aż tak zainteresowani debiutantami. Miałem to szczęście, że kiedy złożyłem u dużego wydawcy mój debiut, od razu się odezwał. Kwestia dobrania? Innego, charakterystycznego stylu mojej książki? Na pewno przyczynił się do tego powrót, zarówno wydawców, jak i czytelników, do poznawania prozy autorów nowego pokolenia. Naturalnie, mam na myśli prozę na poważnie, a nie popbeletrystykę.

No właśnie… wydawcy. Czy pisanie jest dla Ciebie jedynym źródłem zarobku? Czy z tego „da się wyżyć” mając na uwadze, że coraz częściej książki zastępują tzw. nowe media?

Nie wydałem dotąd książki, która byłaby bestsellerem, więc nie mogę też powiedzieć, że żyję z pisania książek. Ale na pewno żyję z pisania jako takiego, wymyślania konceptów, pracowałem sporo dla reklamy, ten rozdział jest już zamknięty, będę wkrótce prowadził serię wykładów na temat wymyślania – sloganów, tekstów kreatywnych etc. Nie wierzę, że nowe media wyrygują książki – co więcej, dzięki nim czytelnictwo rośnie. Czytniki e-booków to jest rewolucja, która dzieje się na naszych oczach. W ciągu kilku lat zdecydowanie więcej osób będzie miało dostęp do książek dzięki możliwości zakupu przez internet i zachowania plików w e-readerze, i to za mniejszą cenę. Odejdą koszty dystrybucji, zapewne dojdą inne, jak to w życiu, lecz generalnie ceny wersji e-bookowych są niższe. To niewątpliwie sprawi, że na książkę pozwoli sobie ten, którego dotąd nie było na nią stać. Może to jest taka moja naiwna wiara, trudno. Sam mam czytnik, rewelacyjnie się sprawdza, nie męczy oczu, jest lekki. No i to taki lans (śmiech).

W drugiej połowie października w księgarniach pojawi się Twoje najnowsze dzieło „Single+” – czym zaskoczysz swoich czytelników?

To powieść, moim zdaniem, dosyć mocna, a przy tym zabawna. Historia trzech ciąż rozpisana przez kilku narratorów. Z jej fragmentami można zapoznać się na moim blogu.

Czy zamierzasz kiedyś wrócić na stałe do Lubaczowa?

Nie zamierzam, co więcej, najchętniej wyprowadziłbym się z Warszawy, myślę o Berlinie lub innym, offowym miejscu. Ciężko jednak tak planować. Co do Lubaczowa, na pewno chciałbym częściej tu bywać, ale nie dlatego, by się podlizać oficjelom i liczyć na honorowe obywatelstwo w dalekiej przyszłości (śmiech)… Po prostu mieszkają tu ludzie mi bliscy, także część rodziny. No i wspomnienia, te pyszne lody przy Rynku (są jeszcze?), poza tym lubaczowianki są w przeważającej większości bardzo ładne, więc tym milej.

Lodów obiecać nie możemy, ale lubaczowianki z pewnością pojawią się na spotkaniu. Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia za tydzień.

Dziękuję również i pozdrawiam.

Rozmawiał Piotr Hulak

Zobacz także

4 komentarze

zostaw odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here